„Copyleft” to jedna z podstawowych instytucji prawa wolnego oprogramowania, niezwykle innowacyjna i kontrowersyjna zarazem. Nie da się przecież ukryć, że jej istotą jest „wywrócenie prawa autorskiego na lewą stronę” i umożliwienie szerokiego dostępu publicznego do twórczości, nad którą prawo to ustanawia daleko idącą prywatną kontrolę. Co ciekawe, wbrew mylącej nazwie (po polsku „lewo autorskie”), polega ona na wykorzystaniu uprawnień twórcy przysługujących mu właśnie z mocy prawa autorskiego. Innymi słowy – bez prawa autorskiego nie byłoby możliwe istnienie „copyleft”, choć z drugiej strony wydaje się, że gdyby monopole autorskie zostały zniesione, to „copyleft” straciłoby sens. Istotne jest zatem zrozumienie, że instytucja ta znajduje się pomiędzy domeną publiczną a pełnym autorskim monopolem.
W techniczno-prawnym sensie „copyleft” to postanowienie umowne nakazujące licencjobiorcy opatrywanie taką samą licencją jego twórczości pozostającej w określonym związku z licencjonowanym mu programem. Licencje wolnego oprogramowania zawierają klauzule „copyleft” o różnym zakresie, od historycznie pierwszej i najszerszej GNU GPL, poprzez złagodzone formy w licencjach takich jak MPL, aż do licencji BSD, która w ogóle nie zawiera takiej klauzuli.
Kontrowersje wynikają z tego, że nie do końca wiadomo jaki dokładnie związek programu oryginalnego i programu licencjobiorcy powoduje objęcie tego drugiego zakresem „copyleft”. Wątpliwości wywołane są między innymi przez nieostre zakresy instytucji prawa autorskiego, ogólne sformułowania licencji, a wreszcie przez niejednokrotnie dalece skomplikowane stany faktyczne. Żywo na ten temat dyskutują nie tylko prawnicy, ale i sami hakerzy – dzięki czemu kształtują się „zwyczaje przyjęte w obrocie”.
Niestety, „copyleft” przyczyniło się do powstania kolejnej fali nieporozumień związanych z wolnym oprogramowaniem. Do dotychczasowych błędnych skojarzeń z „free beer”, komunizmem i anarchizmem doszedł „wirus copyleft”. To obrazowe porównanie służy niektórym do forsowania tezy, że wolne oprogramowanie „zaraża” własność intelektualną użytkownika i powoduje jego praktyczne wywłaszczenie. Nie jest celem niniejszego felietonu rozstrzyganie prawdziwości powyższego twierdzenia, lecz wydaje się ono znacznie przesadzone po nawet pobieżnej analizie przepisów prawa autorskiego oraz postanowień modelowych licencji wolnego oprogramowania. W każdej plotce jest jednak ziarno prawdy, a przedsiębiorcy rozumiejący procesy gospodarki społeczeństwa informatycznego wiedzą, że „copyleft” to bardzo przydatny instrument w walce z konkurencją.
Mimo wszystko jednak bardziej poprawne byłoby tu określenie „promocja wolnej konkurencji”. O ile bowiem tradycyjne klauzule „grant-back” służą zwykle temu, aby to licencjodawca oryginału korzystał z ulepszeń produkowanych przez licencjobiorców, to „copyleft” udziela dostępu do tych ulepszeń wszystkim. Oznacza to, że ktokolwiek stworzy produkt lepszy od oryginału nie może zyskać trwałej konkurencyjnej przewagi nad innymi, gdyż „copyleft” wyłącza monopol autorski mu przysługujący. W tym szaleństwie jest metoda, gdyż to całkowite równouprawnienie na rynku produktu powoduje, a może nawet umożliwia, konkurencyjną walkę na rynku usług. Ponadto, często producent oryginału udostępnionego jako wolne oprogramowanie może nawet zachować swoją pozycję na rynku produktu, głównie z uwagi na przewagę pierwszeństwa. Co więcej, producenci w ogóle nie zainteresowani konkurencją na rynku produktu, a którzy opanowali niszę na rynku usług mogą wręcz zrezygnować z zawierania w licencjach swoich programów klauzul „copyleft”. Potwierdzeniem tej ostatniej tezy jest wspaniały rozwój systemów BSD, których ulepszenia mogą być przecież do woli prywatyzowane (zawłaszczane).
Wracając jednak do medycznych skojarzeń z „copyleft”, wydaje się wobec powyższego, że zamiast określenia „wirus”, należałoby tu mówić raczej o „szczepionce” umożliwiającej walkę z chorobą, na którą rynek oprogramowania jest szczególnie podatny – monopolem. Zwykle, działanie efektów sieciowych na tym rynku, spowodowane uwarunkowaniami technicznymi, w tym wymogami kompatybilności, w połączeniu z ochroną prawa własności intelektualnej daje producentowi popularnego produktu możliwość całkowitego opanowania strony podażowej i nie pozostawia konkurencji dużego pola do manewru. Oczywiście nie jest źle, gdy wszyscy użytkownicy korzystają z jednego rozwiązania, które staje się standardem. Gorzej, jeżeli standard ten jest kontrolowany i dostarczany przez jeden podmiot, chyba niezależnie od tego, czy jest to podmiot prywatny, czy państwowy.
Szczepionka „copyleft” działa następująco. Nie przeszkadza ona w wykształcaniu się rozwiązań (programów, protokołów itp.), które stają się standardami i w związku z tym, ostatecznie, są jedynymi dostępnymi narzędziami. Wręcz, dzięki nakazowi „grant-back” do rozwoju takich standardów może dochodzić nawet szybciej. Jednak ten sam nakaz powoduje, że „copyleft” daje każdemu możliwość występowania jako dostawca rozwiązań, które w innym przypadku zostałyby zmonopolizowane. Jest tak dlatego, że beneficjentem nakazu „grant-back” w klauzulach „copyleft” ustanowiono wszystkich użytkowników, a nie jakąkolwiek jednostkę.
Ale – zdaniem mojego znajomego informatyka – „po co to wszystko, skoro BSD i tak lepsze?”
moim zdaniem BSD wcale nie jest lepsze od GPL. Podzielam zdanie Stallmana - nie powinno byc mozliwosci zawłaszczania Wolnego Oprogramowania. Tak jak bylo to opisane w jednym z poprzednich felietonów, GPL zapewnia całkowitą wolność modyfikowania kodu, ale tylko wewnątrz społeczności. Chroni to przed nierówną konkurencją oprogramowania własnościowego i wolnego - jesli wolne uzywa BSD, to staje sie mozliwy przeplyw kodu, ale tylko w jedna strone - programisci nie-wolnych programow moga umieszczac w nich wolny kod. Wielu ludzi nie chce pisac na licencji GPL bo uwaza, ze w ten sposob ktos moze ukrasc ich program. W przypadku BSD sie staje to duzo latwiejsze i co wiecej, calkowicie legalne…
Komentarz zostawił(a) Stilgar — 2005-05-15 o 10.02 pm (permalink)
Stilgar - to chyba nie jest takie proste jak linia horyzontu na Arrakis. Trudno mi dyskutować o technicznych przewagach systemów BSD, ale sama licencja BSD jest wspaniałym pomostem prawnym pomiędzy oprogramowaniem własnościowym i wolnym. Mówisz o nierównej konkurencji oraz poczuciu bycia okradanym - przecież licencjodawcy BSD godzą się na to z własnej woli, a jak mawiali Rzymianie - chcącemu nie dzieje się krzywda… czyż nie?
Komentarz zostawił(a) Krzysztof Siewicz — 2005-05-29 o 9.26 am (permalink)
Copyleft utrudnia manewr “embrace, extend and extinguish” (http://en.wikipedia.org/wiki/Embrace_and_extend).
Komentarz zostawił(a) t86 — 2005-06-23 o 8.25 pm (permalink)
Nie pamiętam już kto, ale jeden z developerów OpenBSD przyrównał kiedyś GPL do pożyczki, podczas gdy licencja BSD jest swego rodzaju podarunkiem. I zaraz dodał, że on nie ma w zwyczaju pożyczać czegokolwiek komukolwiek, ale wiele razy zdarzyło mu się coś komuś podarować i nie czuje z tego powodu żadnego dyskomfortu. Wielu developerów spod znaku *BSD wręcz utrzymuje, że dzięki licencji BSD przyczyniają się do rozprzestrzenienia po świecie dobrego kodu.
Komentarz zostawił(a) r — 2005-07-13 o 10.05 am (permalink)
jedne z nielicznych mądrych słów z obecnego obozu BSD.
argument o kradzierzy kodu w wypadku BSD jest poprostu nie na miejscu
i osoba o tym pisząca poprostu nie rozumie tego.
jednak pamietac należy rownież o tym żę to ,,pisarze'’ używający licencji BSD są bardziej ortodoksyjni i aroganccy wobec ,,myslących inaczej'’.
Komentarz zostawił(a) jell — 2005-07-13 o 8.33 pm (permalink)
Dla mnie licencje BSD i GPL służą do zupełnie różnych celów i w swoich zastosowaniach sprawują się świetnie. BSD stosujemy tam, gdzie chcemy np. powszechnego wdrożenia pewnego protokołu. By zmaksymalizować “pokrycie” i ułatwić przyjęcie protokołu, udostepniamy kod całkowicie za darmo w praktycznie każdym sensie - czyli właśnie BSD. Tak było z TCP/IP…
Komentarz zostawił(a) MaDeR — 2005-07-15 o 7.23 am (permalink)
Tak się zastanawiam: Środowisko współpracujących nad jądrem Linuksa znacznie różni się od współtwórców BSD. Inny jest też charakter udziału przedsiębiorstw w tych projektach. Niemniej jednak i jedni, i drudzy oddają społeczności stworzony przez siebie kod, czyli zachowują się tak jakby oba projekty były objęte licencją z “copyleft”. A zawłaszczenia - też występują i tu, i tu (choć oczywiście w przypadku Linuksa są nielegalne).
Czy zatem postanowienia licencji mają jakikolwiek wpływ na charakter tych projektów? Czy wynikają one z przyczyn historycznych, technicznych czy też jakichś innych poza prawnymi? Czy licencje są po prostu czymś w rodzaju, “logo”, “barwy drużyny”?
Komentarz zostawił(a) Krzysztof Siewicz — 2005-07-16 o 7.31 pm (permalink)