Rozwidlanie („forking”) polega na uruchomieniu niezależnej pracy nad tym samym projektem informatycznym lub jego częścią i zwykle zachodzi, gdy dotychczasowi uczestnicy nie są w stanie dojść do porozumienia na temat istotnych jego elementów. Jak każda decyzja produkcyjna wiąże się to z określonymi kosztami i korzyściami, a ostatecznie może wpłynąć na rynkową wartość i powodzenie danego produktu. Ponieważ forking zmusza do rozważenia najważniejszego z aktywów ruchu wolnego oprogramowania – relacji społecznych między współpracującymi hakerami, staje się on nie tylko decyzją ekonomiczną ale również moralną. Ponieważ forking wpływa na układ władzy nad danym projektem niewątpliwie ma on także wymiar polityczny, choć hakerzy nie wydają się być zainteresowani władzą nad samym projektem w takim stopniu jak jego przydatnością do realizowania konkretnych zadań.
Wydaje się, że nie należy zaliczać do forkingu zjawisk polegających na prostym kopiowaniu danego projektu, czego przykładem jest chociażby „klonowanie” i rozpowszechnianie za darmo kopii dystrybucji Linuksa klasy „enterprise”, dostępnych na rynku pierwotnym za wysoką opłatą. Ponadto, nie będzie zwykle rozwidleniem dystrybucji stworzenie meta-dystrybucji, a stworzenie odrębnej dystrybucji systemu opartego na jądrze Linuksa trudno określić mianem rozwidlenia projektu Linusa Torvaldsa, nawet jeżeli twórcy dystrybucji dokonują istotnych zmian w kodzie jądra. O istocie forkingu decyduje wola zajmowania się projektem tak, jak jego dotychczasowi „właściciele” z jednoczesnym dążeniem do uniemożliwienia im wpływania na losy nowej „odnogi”. Trudno to jednak uznać za naukową definicję, gdyż często dochodzi przecież do wymiany kodu pomiędzy rozwidlonymi projektami, a istota wolnego oprogramowania nie pozwala tak naprawdę wykluczyć nikogo z możliwości wpływania na jego kształt.
Co istotne z prawniczego punktu widzenia, hakerzy uważają się za podmioty prawa do rozwidlania wolnego oprogramowania tak jak każdy obywatel czuje się podmiotem konstytucyjnych praw i wolności. Owszem, można je z pewnymi zastrzeżeniami wywodzić z wolności słowa i krytyki, ale na pewno wynika ono z umów licencyjnych, na których rozpowszechniane jest to oprogramowanie. Kontraktowe, a nie ustawowe źródło right to fork stanowi zatem różnicę w porównaniu z prawami i wolnościami jednostki. Pomijając jednak akademickie dywagacje (możliwe chociażby po przeniesieniu rozważań na grunt teorii prawa naturalnego), wywodzenie tego prawa z licencji wolnego oprogramowania w praktyce sprowadza się tylko do kolejnego argumentu za ich ważnością, jako że ich kwestionowanie przez licencjobiorcę wiązałoby się z utratą tego prawa.
Powyższe oznacza, że sami autorzy wolnego oprogramowania godzą się na możliwość i prawo innych do wykorzystania go dla stworzenia produktu konkurencyjnego, być może niekompatybilnego, a czasem nawet poważnie zagrażającego rynkowej pozycji oryginału. Warto wspomnieć na marginesie o pewnych próbach obrony przed forkingiem stosowanych przez niektóre przedsiębiorstwa prowadzące działalność gospodarczą na rynku wolnego oprogramowania lub na styku z rynkiem oprogramowania własnościowego. Polegają one na przykład na wprowadzaniu do kodu nieobjętych otwartą licencją znaków towarowych lub zobowiązaniu licencjobiorcy do poddania rozwidlonego projektu procedurze badania zgodności ze standardem.
Mimo to, prawo do forkingu na gruncie najpopularniejszych licencji wolnego oprogramowania jak najbardziej istnieje, a pozostaje tylko pytanie o jego zakres i przedmiot. Licencje te nie formułują żadnych warunków co do możliwości forkingu (jeżeli tylko nowy projekt powstanie w zgodzie z takimi postanowieniami jak „copyleft”), teoretycznie zatem może on objąć całość kodu danego projektu. Inne dobra niematerialne (np. znaki towarowe) oraz rzeczy materialne (np. serwery) podlegają oczywiście ograniczeniom, choć swoboda umów i tu może dopuścić współkorzystanie z takich aktywów przez oba projekty. Faktyczne ograniczenia zakresu i przedmiotu forkingu wynikają zatem z uwarunkowań pozaprawnych, takich jak ekonomiczne możliwości zapewnienia rozwoju dla nowego projektu, „normy moralne” opisywane przez Raymonda, czy wreszcie polityczne zdolności poszczególnych hakerów do zgromadzenia współpracowników. To ostanie, w realiach hakerskiej „meritocracy” sprowadza się zwykle do zdolności stworzenia kodu lepszego od tego, którym mógł pochwalić się projekt przed rozwidleniem.
Należy odpowiedzieć na pytanie, czy konieczna jest jakakolwiek regulacja prawa do rozwidlania wolnego oprogramowania. Ewentualna debata przypominać będzie zapewne dyskusję nad prawem do noszenia broni i dopuszczalnym zakresem obrony koniecznej. Nie przesądzając jej ostatecznego wyniku, warto wskazać na fakt, że prawo do forkingu stanowi jeden z przykładów bezprecedensowego pogodzenia w ramach ruchu wolnego oprogramowania społecznego interesu w dostępie do dóbr niematerialnych z prywatnym interesem do kontroli nad tymi dobrami. Right to fork pozwala każdej przedsiębiorczej jednostce na podjęcie próby sprostania twardym wymogom rynku oprogramowania poprzez znaczne obniżenie barier wejścia i zmniejszenie konkurencyjnej przewagi podmiotów już na tym rynku obecnych. Jednocześnie prawo to znakomicie uzupełnia „copyleft” zachowując dla społeczności efekty wspólnej pracy przez utrudnianie zawłaszczania wolnego oprogramowania i innych antyspołecznych zachowań.