Mimo pewnych głosów krytyki uznano kiedyś, że prawo autorskie zapewni akceptowalną równowagę interesów producentów i użytkowników programów komputerowych. Jednak na dłuższą metę okazało się, że nikt nie jest tak naprawdę zadowolony, a instytucje prawne zaczęły żyć własnym życiem, ewoluując w stronę modelu rzeczywiście pasującego do specyfiki programów. Tak doszło do powstania prawa oprogramowania właścicielskiego oraz właśnie prawa wolnego oprogramowania. Nie jest tu mowa oczywiście o powstaniu nowych dziedzin prawa, a raczej o twórczym wykorzystaniu istniejącego reżimu. Prawo wolnego oprogramowania można w takim razie określić jako specyficzny zespół norm, który wykształcił się w odpowiedzi na objęcie programów ochroną prawa autorskiego.
Prawa wolnego oprogramowania nie należy pojmować w pozytywistyczno-austinowskim sensie, jako „nakazu popartego sankcją suwerena”, w każdym razie nie bezpośrednio. Sankcja suwerena stoi za prawem autorskim, a wolne oprogramowanie korzysta z niej jedynie pośrednio dzięki poszanowaniu swobodnej woli stron umowy. Jednak prawo to nie jest li tylko kontraktem, który „czyni prawo pomiędzy stronami”. Można bowiem bronić tezy o istnieniu w ramach ruchu wolnego oprogramowania swoistej umowy społecznej. Podobne umowy funkcjonują w każdym społeczeństwie znającym prawo własności i właśnie dzięki nim staje się ono skutecznym wobec każdego (in rem). Swoistość umowy społecznej wolnego oprogramowania polega na tym, że uchyla ona domyślny reżim prawa autorskiego w stosunku do członków tej społeczności pod rozwiązującym warunkiem pozostawania w niej (copyleft).
O „wolności” oprogramowania decyduje przede wszystkim poddanie go specyficznej licencji, lecz utożsamianie jej ze znaną od dawna prawu autorskiemu umową licencyjną to daleko idące uproszczenie. Jest tak zwłaszcza w przypadku GNU GPL, która przypomina raczej Deklarację Praw Użytkownika. Licencja ta, podobnie jak inne licencje wolnego oprogramowania, jest czymś pośrednim pomiędzy umową a ustawą. Próbując dalej zawęzić katalog źródeł prawa, można powiedzieć, że jest to coś więcej niż wzorzec umowny i prawie to samo, co prawo modelowe. Uznaniu licencji wolnego oprogramowania za konwencje w stylu CISG przeszkadza w zasadzie tylko niepochodzenie ich od suwerennych podmiotów prawa międzynarodowego.
W związku z tym, że ruch wolnego oprogramowania doprowadził do wykształcenia się niezwykle skutecznych instytucji prawnych pomimo ich jedynie względnego (in personam) charakteru, nasuwają się skojarzenia z prawem międzynarodowym. Możliwe jest też sformułowanie analogii z tak zwanym „prawem światowym”, czyli normami uznawanymi, co do zasady, przez każde państwo w mniej więcej tym samym kształcie, czego przykładem jest chociażby weksel. Za źródło regulacji prawa światowego trudno uznać jakiegokolwiek suwerena narodowego. Normy te są bowiem inkorporowane do ustawodawstw światowych już po ich wykształceniu przez ponadnarodową społeczność pełnych inicjatywy przedsiębiorców, dla których obracanie się w ramach jednej jurysdykcji jest niepotrzebnym ograniczeniem. Podobieństwo GNU GPL do ustaw modelowych organizacji takich jak UNCITRAL, a także pojawiające się pomysły uchwalenia prawa wolnego oprogramowania wprost jako ustawy krajowej, to mocne argumenty za powyższym stanowiskiem.
Czego by jednak nie napisać, to nie da się ukryć faktu, że skuteczność prawa wolnego oprogramowania możliwa jest tylko i wyłącznie inter partes, a jedynym uzasadnieniem mówienia o nim tak, jak o normach bezwzględnie obowiązujących jest swoisty „Paragraf 22”. Mianowicie, działania, na które wyraźnie zezwalają licencje wolnego oprogramowania są równie wyraźnie zastrzeżone przez prawo tylko i wyłącznie dla twórcy. Zatem, możliwość korzystania z wolnego oprogramowania mogą uzyskać tylko ci, którzy zgodzą się na warunki licencji.
Konstrukcją, która dość dobrze tłumaczy ten pośredni status prawa wolnego oprogramowania pomiędzy in rem a in personam, oprócz sugerowanej wyżej umowy społecznej, jest analogia ze zwykłą spółką cywilną, lub chociażby traktowanie wolnego oprogramowania jako łącznej współwłasności uczestników ruchu. W szczególności, takie podejście bardzo dobrze tłumaczy zjawisko faktycznej rezygnacji z ochrony prawa autorskiego pomiędzy uczestnikami i jednocześnie zachowanie tej ochrony na zewnątrz. Zrozumiałe staje się również, dlaczego w momencie wystąpienia uczestnika ze spółki (czyli niezastosowania się do prawa wolnego oprogramowania), przywrócony zostaje domyślny reżim prawa in rem, czyli prawo autorskie. Ponadto, dzięki konstrukcji spółki jako umowy zobowiązującej do dążenia do wspólnego celu gospodarczego, łatwo wyjaśnić postępowanie uczestników ruchu niezwiązanych klauzulami „copyleft”, czyli przede wszystkim twórców systemów BSD.
Powyższa pobieżna analiza dowodzi jedynie, że dorobek ruchu wolnego oprogramowania nie jest dla nauki prawa kompletnym novum i istnieje możliwość rozpoznania w nim istniejących już od dawna instytucji. Z drugiej strony, jest to jednak nowa jakość, która zmusza do wzniesienia się na wyżyny prawniczej abstrakcji, zwłaszcza dlatego, że prawo to powstało w ramach specyficznej kultury, nawiązuje do szczególnych ideałów, a przede wszystkim reguluje innowacyjny model współpracy i produkcji.
Bardzo dobry tekst, dobrze opisujący strukturę społeczności WO. Tylko czy nie powinno być “oprogramowanie własnościowe” zamiast “właścicielskie” ?
Komentarz zostawił(a) Stilgar — 2005-04-02 o 12.40 pm (permalink)
Przeczytałam tekst z przyjemnością, pomimo konieczności zmagania się z praniczym żargonem. Miło trafic na prawnika z otwartą głową, który potrafi podejśc do WO bez uprzedzeń typu “bo to lewacki wymysł” i “to sie nie może udać” i zanalizowac jego ideę pod kątem prawnym a nie ideologicznym.
Komentarz zostawił(a) Maddy — 2005-04-04 o 2.28 pm (permalink)
Świetne! Pierwszy raz spotykam się z tekstem, w którym autor zauważył, że “licencja” w rozumieniu chociażby ustawy o prawie autorskim jest czymś nieco innym niż licencja w rozumieniu ruchu wolnego oprogramowania. Ciekawe, gdzie autor umieściłby “licencje” CC, które mają w sobie coś z ducha Stallmana.
Komentarz zostawił(a) metanoja — 2008-11-20 o 4.31 pm (permalink)