Immunitet hakerski

Autor: Krzysztof Siewicz, Data: 29/4/05, Kategoria: Felietony

Znamiennym zjawiskiem w obrocie programami komputerowymi jest wykorzystywanie postanowień umownych wyłączających rękojmię za wady, gwarancję poprawności funkcjonowania oraz przydatności, a także odpowiedzialność producenta i dystrybutora oprogramowania w najszerszym możliwym zakresie. Niekiedy, lektura takich postanowień bez prawniczej refleksji nad ich ważnością i egzekwowalnością mogłaby doprowadzić do wniosku, że licencjodawcy stają się panami życia i śmierci użytkowników. Oczywiście, dochodzi czasem do procesów przeciwko twórcom wadliwego oprogramowania kończących się ugodami lub orzeczeniami na wysokie sumy, jednak w obrocie masowym faktem jest całkowita bezkarność producentów.

Nasuwa się tu pytanie, czy powyższa sytuacja jest sprawiedliwa, lecz o wiele bardziej ciekawym przedmiotem dyskusji jest kwestia efektywności systemu produkcji oprogramowania w takich warunkach. Jak wiadomo, wadliwość programów komputerowych dystrybuowanych masowo jest regułą, a nie wyjątkiem. Nie wynika to bynajmniej z braku należytej staranności ich twórców, a raczej z tego, że nikt nie jest w stanie przewidzieć wszystkich stanów, które wystąpią w komputerze podczas korzystania z programów. Można zatem przyjąć, że każdy program zawiera błędy („bugs”), a niektóre z nich mogą okazać się całkiem poważne i skutkować powstaniem znacznych szkód u użytkowników.

Oznacza to, że gdyby możliwość egzekucji odszkodowania realnie istniała, to pisanie oprogramowania stałoby się przedsięwzięciem wysoce ryzykownym, a wszyscy przedsiębiorcy pozbawieni stalowych nerwów zmuszeni by zostali do ubezpieczenia się od tego ryzyka. Zamiast jednak korzystać z oferty zakładów ubezpieczeniowych, producenci oprogramowania najprawdopodobniej wybraliby formę ekonomicznego ubezpieczenia się poprzez podniesienie cen. W ten sposób, każdy użytkownik płaciłby „składkę” na wypadek poniesienia szkody przez niektórych z nich. Jeżeli powyższe rozumowanie jest prawidłowe, to istnieje bezpośrednia zależność pomiędzy brakiem odpowiedzialności producentów a pozostawaniem cen oprogramowania na akceptowalnym dla użytkowników poziomie.

Jednak powyższa zimna kalkulacja ekonomiczna to zwykle za mało, aby dopuścić wyżej opisane naruszenie zasady sprawiedliwości i zrezygnować z ochrony konsumenta. Dodatkowych argumentów dostarcza obserwacja ruchu wolnego oprogramowania.

Po pierwsze, można bronić tezy, że na rynku wolnego oprogramowania nie funkcjonują tradycyjne podziały na producentów i konsumentów. Ponieważ każdy jest zaproszony do współpracy, to nikt tym samym nie zostaje postawiony w sytuacji biernego, bezbronnego konsumenta. Publiczny dostęp do kodów źródłowych pozwala użytkownikowi stać się aktywnym uczestnikiem produkcji. Po drugie, o ile można się zżymać nad bezkarnością producentów, którzy są za wytwarzanie oprogramowania opłacani, to udostępnianie kodów źródłowych za darmo jest kolejnym argumentem przeciwko kierowaniu jakichkolwiek roszczeń do ich autorów. Po trzecie wreszcie, wokół wolnego oprogramowania powstał cały rynek usług polegających właśnie na braniu odpowiedzialności za poprawne funkcjonowanie oprogramowania. Rynek ten zaspokaja potrzeby użytkowników, którzy z tej odpowiedzialności chcą korzystać bez dystrybuowania jej kosztów pomiędzy wszystkich. Wręcz, dzięki działaniu klauzul „copyleft” wszyscy uczestnicy ruchu wolnego oprogramowania jedynie zyskują na działalności takich przedsiębiorców, gdyż wprowadzane przez nich poprawki zwracane są społeczności.

Odpowiednikiem wolności i praw obywatelskich w społeczności wolnego oprogramowania są cztery wolności Stallmana, a w szczególności prawo do analizowania programu oraz dostosowywania go do własnych potrzeb. Podobnie jak wiele praw nie jest realizowanych w społeczeństwie osobiście, a raczej cedowanych na wyspecjalizowane instytucje (np. ombudsmana) oraz „czwartą władzę”, tak i wolności Stallmana realnie wykorzystywane są tylko przez hakerów, którzy pełnią w ruchu wolnego oprogramowania doniosłą funkcję społeczną, polegającą na kontroli kodu.

Wszystkim znającym paradygmat Lessiga „code is the law” nasuwa się wniosek, że hakerzy zasługują na szczególny status prawny w społeczeństwie, którego pomyślność zależy od sprawnej infrastruktury informatycznej. Hakerzy stojący na straży poprawności kodu niewątpliwie realizują interes publiczny i w związku z tym tytułowy „immunitet hakerski” nawiązujący do instytucji prawa konstytucyjnego mającej na celu zapewnienie niezależności funkcjonariuszom publicznym wydaje się ciekawą propozycją.

Mimo wszystko, na obecnym poziomie rozwoju społeczeństwa informatycznego, powyższe rozważania mogą stanowić jednie inspirację dla autorów science-fiction do nakreślenia wizji państwa przyszłości rządzonego przez hakerów na wzór starożytnych utopistów, dla których idealna republika byłaby kierowana przez filozofów. Dla osób, którym bliższy jest jednak prawniczy pragmatyzm, oczywistym jest, że prawo wolnego oprogramowania należy jak na razie do prawa prywatnego, w którym królują stare dobre zasady – szkody należy naprawiać, a wolę stron umowy szanować. Zatem, wszelkie rozważania na temat wyłączeń odpowiedzialności producentów oprogramowania powinny być w najbliższej przyszłości prowadzone na tej płaszczyźnie, ze szczególnym uwzględnieniem prawa ochrony konsumentów.

Na koniec trzeba tylko dodać, że słowo „haker” zostało tu użyte w poprawnym znaczeniu i oznacza wysoce wykwalifikowanego informatyka, a wobec komputerowych przestępców właściwe jest określenie „cracker”.

Komentarze: 4

  1. Jak się Pan odnosi do art. 75 ust. 1 ustawy o prawie autorskim, który pozwala zabronić w umowie naprawiania programu? Czy to nie jest zapis na przekór prawom konsumenta? Domyślnie wolno naprawiać, ale - naturalnie - każda EULA wyklucza wszelkie samodzielne zmiany w oprogramowaniu; pewnie w nadziei, że użytkownik zwróci się o płatne wsparcie - do łaskawego producenta. I tak - deweloperów nagradza się za dziury.
    Może by wziąć pod nóż ustęp pierwszy? Pomarzmy: rozwijają się firmy poprawiające zamknięty software; wytwórcy ścigają się z nową konkurencją kto pierwszy załata; chude lata dotykają spyware, robaki, włamywaczy.
    Powyższa maksymalnie naiwna wizja wprowadzona w życie, oczywiście, przysporzyłaby wielu niespodzianek. Mogły by zniknąć darmowe poprawki producenta, można by stracić darmową pomoc techniczną (czemu ma się zajmować czymś zmodyfikowanym przez osoby trzecie?). Same Microsofty i IBM-y mogły by niesłusznie stracić na reputacji, bo przypisano by im błędy spowodowane obcym kodem. Przeciw chętnym do nowej pracy przygotwano by obronę: DRM, kompilatory gmatwające kod i nie wiadomo co jeszcze, chociaż crackerzy jakoś sobie dotąd radzili…
    I coż, muszę wrócić do pytania. Co Pan o tym sądzi?

    Komentarz zostawił(a) t86 — 2005-04-29 o 7.09 pm (permalink)

  2. t86 - Pańskie pytanie jest nieco obok tematu felietonu, ale - jak rozumiem - pyta Pan, jaka powinna być granica dopuszczalnej ingerencji użytkownika w program, którego jest legalnym nabywcą. Pośrednio pyta Pan też, czy prawo powinno dopuszczać uzależnienie użytkownika od jednego dostawcy oprogramowania.

    Otóż tak się złożyło, że programy, z których korzystamy nie są naszą własnością, a nasze użytkowanie jest możliwe tylko dzięki uprzejmości licencjodawców (pomijam użytkowników, którzy są w stanie doprowadzić do przeniesienia na nich majątkowych praw autorskich do programu). Oczywiście, art. 75 ust. 1 stanowi pewien wyłom w tym świętym prawie własności do programu, ale jak sam Pan zauważa - iluzoryczny. Co prawda są autorzy, którzy uważają, że nie panuje tu całkowita swoboda umów:

    …uprawnienia w zakresie opracowań … nie mogą być wyłączone w umowie, jeżeli są niezbędne do korzystania z programu zgodnie z jego przeznaczeniem, w tym do poprawiania błędów. (Aurelia Nowicka, Prawnoautorska i patentowa ochrona programów komputerowych, s. 141, Dom Wydawniczy ABC 1995, podkreślenie własne)

    Nie czuję się kompetentny, aby oceniać, czy to dobrze czy źle - ograniczę się do wskazania, że paradoksalnie pozostawienie szerokiej kontroli nad oprogramowaniem jego twórcom pozwala na rozwój wolnego oprogramowania, które jest odpowiedzią rynku na zgłaszany m.in. przez Pana popyt na większą swobodę użytkownika.

    Oba modele produkcji oprogramowania (własnościowe i wolne) wydają mi się równie uprawnione, sądzę zatem, że nie ma przekonujących podstaw, aby zmuszać przedsiębiorców do prowadzenia działalności gospodarczej wyłącznie w ramach modelu drugiego. Zmiana art. 75 ust. 1 z dyspozytywnego na imperatywny byłaby krokiem w tym kierunku.

    Komentarz zostawił(a) Krzysztof Siewicz — 2005-05-03 o 9.48 am (permalink)

  3. “programy, z których korzystamy nie są naszą własnością, a nasze użytkowanie jest możliwe tylko dzięki uprzejmości licencjodawców” […] “art. 75 ust. 1 stanowi pewien wyłom w tym świętym prawie własności do programu”

    Programy w ogóle nie są własnością, tym bardziej nie ma czegoś takiego jak “święte prawo własności do programu”. Prawa własności przysługują wyłącznie do rzeczy, przedmiotów materialnych. Nigdy nie przysługiwały i nie przysługują do niematerialnych utworów. Ustawa o prawie autorskim przyznaje twórcom pewne prawa majątkowe, ale z pewnością nie są to prawa własności. Mają zupełnie inne pochodzenie, uzasadnienie i inaczej funkcjonują. Dziwi mnie, jak prawnik może tak jaskrawie błędny obraz podsuwać pytającym.

    Komentarz zostawił(a) W.KOtwica — 2005-05-18 o 12.37 pm (permalink)

  4. Pisałem o własności w sensie potocznym, każdy się bowiem zgodzi, że zakres praw wyłącznych do programów komputerowych został zakreślony bardzo szeroko - prawie tak, jak prawa własności do rzeczy materialnych, miedzy innymi właśnie przez to, że art. 75 ust. 1 ustala normę dyspozytywną.

    Poza tym, w tym kontekście chodziło mi o wskazanie, że w większości przypadków użytkownik nie nabywa praw do oprogramowania “na własność”, a jedynie jest mu udzielana licencja - umowa, w której jest tyle uprawnień użytkownika, na ile zgodził się licencjodawca - “właściciel” programu.

    Jednak zgadzam się, że w sensie cywilistycznym nie jest to własność.

    Komentarz zostawił(a) Krzysztof Siewicz — 2005-05-18 o 9.25 pm (permalink)

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <code> <em> <i> <strike> <strong>

Wysłanie komentarza oznacza akceptację zasad dyskusji.

Strona prowadzona w WordPress nawtykanym przez: Polyglot, Footnotes i TOC Generator